środa, 26 kwietnia 2017

Zagubiona muszelka





Pewnego razu żółw, Tuptuś, jak co rano, spacerował po lesie i zbierał różne okazy do swojej kolekcji.Nagle natknął się na coś niezwykłego. Znalazł brązową muszelkę, która  leżała  ukryta w trawie.

Tuptuś najpierw długo  się  jej przyglądał, w końcu zdecydował, że zabierze ją ze sobą. Kolekcjonował różne rzeczy-  kamyki, liście, patyki, szyszki. Jednym słowem wszystko to, co mógł znaleźć w lesie. Jednakże muszelki jeszcze nigdy tak na prawdę nie widział, jedynie na obrazku w książce od przyrody. Bardzo zadowolony ze swojego skarbu poszedł pochwalić się nim swojej koleżance, sowie Sabinie. Zapomniał jednak, że w dzień sowa śpi. Obudził ją, głośno wołając.

- Sabino! Zobacz, co znalazłem w trawie!- krzyknął. Początkowo sowa nie odpowiadała, dopiero po dłuższej chwili wystawiła zaspany łebek z dziupli i odezwała się.

- Czy jest to coś  aż tak ważnego, że budzisz  mnie w środku dnia?! - ziewnęła głośno

 i nastroszyła rozczochrane piórka.

- Zobacz sama- odpowiedział żółw, pokazując niezwykłą muszelkę. Jednak ona nie zobaczyła jej

z daleka, choć sowy mają świetny wzrok. Była tak bardzo śpiąca, że oczy się jej kleiły do snu.  Przemogła w końcu zmęczenie i sfrunęła na trawę. Starannie obejrzała skarb Tuptusia.

- Muszelka w środku lasu?- zdziwiła się. – Muszelki są nad morzem, a nie w lesie.

- Tak, to bardzo ciekawe, skąd się tu wzięła - przyznał Tuptuś rację.

- I w dodatku słychać w niej szum morza - stwierdziła, przykładając muszelkę do ucha.

- Zdumiewające- odparł żółw.

Ciekawość zwierząt była na tak silna, że postanowili odgadnąć  tajemnicę pochodzenia owej  muszelki. Udali się najpierw w to miejsce, gdzie Tuptuś znalazł tę niezwykłą rzecz.

- To było dokładnie tu- żółw wskazał źdźbło trawy, pod którym wcześniej leżała muszelka.

- Jesteś pewien? Nic tu nie widzę- odparła Sabina.

- Tak, jestem pewien, znam ten las jak własną kieszeń- odpowiedział zdecydowanie Tuptuś.

Dokładnie rozejrzeli się dookoła, potem zajrzeli pod krzaczki jagód, paprocie i pod  inne źdźbła trawy,  jednak niczego więcej nie znaleźli.

-Hmm, to bardzo dziwne, że nie ma żadnego śladu, który wyjaśniłby nam to tajemnicze pojawienie się  muszelki w lesie - stwierdziła mądrze sowa. – Czytałam kiedyś opowieści o piratach, którzy dotarli na bezludną wyspę. Może do naszego lasu też dotarli? I ukryli gdzieś wielki skarb?

- To raczej niemożliwe-  żółw ostudził wyobraźnię sowy. – Mieszkamy przecież

w górach, a stąd jest daleko do morza.

- Wiem,  wiem… Mam świetny pomysł, Tuptusiu!- wykrzyknęła. – Wejdziemy

na najwyższy szczyt góry i rozejrzymy się dokoła. Może  stamtąd zobaczymy morze i statek piracki?

- Obawiam się, że to nie jest dobry pomysł. Żółwie nie lubią się wspinać- zaprotestował Tuptuś.

- To pojedziesz kolejką górską!- sowa znajdowała rozwiązanie każdego problemu.

- Sam? Trochę się boję- odparł nieśmiało żółw.

- Dobrze już, pojadę z tobą.

Tuptuś jeszcze nigdy nie jechał kolejką górską, nie jechał żadną kolejką. Mieszkał sobie spokojnie w swojej norce. A spacerował jedynie po leśnych ścieżkach. Jednak był bardzo ciekawy, co widać z najwyższego szczytu. Udał się więc razem z koleżanką do stacji kolejki górskiej. Gdy nadjechał wagonik, zwierzęta ostrożnie do niego weszły i usiadły przy oknie, aby wszystko dobrze widzieć. Kolejka ruszyła. Najpierw drgnęła, potem powoli unosiła się nad ziemię,  coraz wyżej i wyżej, aż prawie dosięgała chmur. Tuptuś był zachwycony widokiem zmniejszających się drzew, łąk i  potoków. Za to coraz wyższych pięter gór.

- Sabino, zobacz, jakie małe są te drzewa! – zawołał.

 Sowa tylko zamruczała coś na kształt…

- Mhm….

- Zobacz, jakie wysokie są  góry! Nigdy nie sądziłem, że można być aż tak daleko od mojej leśnej ścieżki!- zawołał  zachwycony. Lecz i tym razem sowa tylko mruknęła.

- Mhm…

Tuptuś zauważył, że jego koleżanka zasłoniła głowę skrzydłami. 

- Czy ty się boisz, Sabino?- zapytał zaskoczony tym widokiem.

- Ja? Ależ skąd! – sowa niepewnie odsłoniła jedno oko, ale szybko je znów zakryła.

- To dlaczego chowasz głowę?

- Nie chowam, słońce mnie razi!- wykrzyknęła rozzłoszczona. Nie chciała się przyznać, że ma lęk wysokości.

Na szczęście kolejka dotarła do stacji końcowej. Zwierzęta wysiadły na wysokim szczycie, z którego rozciągał się przecudny widok na góry, lasy, rzeki, doliny. Jednak morza i pirackiego statku nie było. Za to Tuptuś zauważył, że na polanie siedzi  jakiś chłopiec i płacze.

- Sabinko, spójrz, tam ktoś płacze- powiedział Tuptuś.

- Rzeczywiście, wygląda na to, że jest bardzo smutny. Podejdźmy do niego-  zaproponowała.

Gdy zwierzęta schodziły powoli z góry, coraz wyraźniej słyszały płacz.

- Uuuhhhuuu-słychać było głos chłopca i pociąganie nosem.

- Dlaczego płaczesz, chłopcze?- zapytała troskliwie Sabina. - Czy zgubiłeś się w lesie?

Chłopiec nadal płakał, tylko potaknął głową.

- A wiesz, gdzie jest twój dom? – Chłopiec zaprzeczył głową.

- Może jego mama jest w pobliżu? - Tuptuś zwrócił się do sowy. Ona uniosła się i wzleciała na gałąź drzewa.

- Nikogo nie widzę! - zawołała po chwili. Chłopiec nadal płakał.

Tuptuś już nie wiedział, jak uspokoić dziecko. Wyciągnął z plecaka chusteczkę i podał płaczącemu.

- Proszę, może ci się przydać- powiedział z troską.

Chłopiec wyciągnął rękę i wziął chusteczkę. Otarł sobie łzy, a po chwili zaczął mówić.

- Zgubiłem drogocenny przedmiot, który dostałem od przyjaciela - wyznał, szlochając.

- Ach tak, dlatego płaczesz? – zrozumiał żółw.

- Tak.

- A jak masz na imię?

- Filip- odparł cicho chłopiec.

- Co za niezwykłe imię!- odrzekła Beatka, która zdążyła sfrunąć na polanę.

- Dostałem list od przyjaciela. Przysłał mi muszelkę znad morza. Nigdy jeszcze tam nie byłem. Moja mama nie pozwoliła mi zabrać jej do lasu, ale nie posłuchałem. Szedłem, czytając list.  Potknąłem się o korzeń drzewa i przewróciłem, a gdy wstałem, muszelki już w ręku nie było. Nigdzie jej nie znalazłem. Teraz bardzo żałuję.

Sowa i żółw spojrzeli na siebie.  Chyba odkryli tajemnicę.

- Czy tej muszelki szukasz?- zapytał Tuptuś, pokazując chłopcu swój skarb.

- Och, tak, to ona!- wykrzyknął uradowany Filip. - Skąd ją masz?

- Znalazłem w trawie. Myśleliśmy, że piraci ją zgubili- zaśmiał się żółw.

- Jak bardzo się cieszę!- zawołał chłopiec. – Dziękuję z całego serca!

-Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Chyba czas wracać do domu- powiedziała wzruszona sowa. – Czy znasz drogę?

- Mieszkam w zamku, w Bajkogrodzie – odparł chłopiec. – Jestem księciem. Za to, że mi pomogliście, ofiaruję wam moją przyjaźń. Możecie też zamieszkać w królewskim ogrodzie. Żyje tam już kilka zwierząt, na pewno nie będzie się wam nudzić.

- Dziękujemy ci, książę – powiedziała Sabina – Najpierw bezpiecznie zaprowadzimy cię do domu i opowiemy twojej mamie o tej przygodzie.

Troje przyjaciół udało się do doliny, potem przeszło przez rzekę, wdrapało na górkę, a stamtąd już poszło prosto do Bajkogrodu, gdzie na księcia Filipa czekała jego zmartwiona mama- Królowa Patrycja.
Na szczęcie wszystko skończyło się dobrze.  Książę zrozumiał swój błąd i odtąd już zawsze słuchał swojej mamy.  Bawił się w królewskich ogrodach z nowymi przyjaciółmi, Tuptusiem i Sabiną. Często wracał do  listu od przyjaciela, spoglądając z czułością na swoją drogocenną muszelkę. Marzył o tym, że pewnego dnia pojedzie nad morze.














piątek, 31 marca 2017

Smocza łuska. Słuchowisko Bajkowiska

Każde dziecko lubi bajki, to oczywistość, o której nie trzeba nikogo przekonywać. Przebogaty repertuar telewizyjny nie zawsze jednak jest odpowiedni dla naszych pociech. Posiadanie kilku kanałów z bajkami nie zapewni dzieciom odpowiedniej dawki pożytecznej i edukacyjnej treści.

Coraz większą popularnością ostatnio cieszą się różne kanały na You Tube. Niedawno, poszukując czegoś dla swoich dzieci, natrafiłam na jeden portal, który mogę z czystym sumieniem polecić  moim i waszym dzieciom. Być może już też go znacie, nazywa się Bajkowisko.
Kiedy trafiłam na ten portal po raz pierwszy, byłam pod wrażeniem, które rosło wraz z poznawaniem  kolejnych słuchowisk.

Pamiętam, że gdy byłam małą dziewczynką, w czasach głębokiego PRL-u, słuchowiska były na kasetach magnetofonowych lub leciały w Pierwszym Programie Polskiego Radia, na dobranoc.  Uwielbiałam je. Do dziś pamiętam jedno z nich, o Leśnej cukierence, do której zapraszał żuczek Ignacy. Recytowałam treść razem z bohaterami bajki.
        
Myślałam, że słuchowisko jest formą już nieco zapomnianą w czasach zamiłowania do ruchomego obrazu, jednak zdaje się, że byłam w błędzie. Bajkowisko najwyraźniej nawiązuje do najlepszych tradycji tworzenia słuchowisk. Moje dzieci od razu polubiły przygody sympatycznego smoka, Alberta, które dziś wam nieco przybliżę.




Pierwsza część Przygód smoka Alberta autorstwa Jacka Kozłowskiego nosi tytuł Smocza łuska. Zaprasza słuchacza do świata małej dziewczynki o blond włosach, Hani. Wychowują ją dziadkowie.  Któregoś wieczoru babcia powiedziała jej, że w  miasteczku, w którym mieszkają, znana jest legenda o sprytnym szewcu, Jankielu Zelówce, który przed wiekami otruł złego smoka, ratując dzięki temu mieszkańców wioski. Do dziś pamiątką tej historii jest Samotny Szczyt góry, którą podobno zamieszkiwał ów smok. Hania widzi szczyt z okna swojego pokoju. Dziewczynka jest zafascynowana tą legendą. Gdzie występują smoki to i rycerze. Dziadek wystrugał jej drewniany miecz. Został on jednak połamany przez jednego z podwórkowych chuliganów. Dziewczynka nie chce się przyznać do tego, że jest jej przykro.  Chce pokazać chłopakom z podwórka, że jest odważna i nie płacze. Marzy o tym, aby zostać rycerzem.  Rozmawia na ten temat z dziadkiem, jednak on  nie zna kodeksu rycerskiego. Domyśla się,  że aby zostać rycerzem, trzeba dokonać odważnych czynów. 

Hania, aby udowodnić swoja odwagę, postanawia wdrapać się na Samotny Szczyt. Jednak  pierwsza próba nie powiodła się. Dziewczynka przestraszyła się nadciągającej burzy i zawróciła.
 Pewnej nocy razem z kolegą, Mufinem, który twierdzi, że  właśnie zobaczył smoka, wybiera się na eskapadę. Chłopak o rudej grzywie widział smoka wchodzącego do domu rejenta. Dzieci, usiłując zajrzeć przez okno w kamienicy do mieszkania urzędnika, odkrywają  pewną tajemnicę. Na ścianie w pokoju rejenta wiszą stroje smoków. Czyżby zatem prawdziwy smok nie istniał? Czy to tylko przebranie rejenta i jego gości potrzebne do gry w karty?

Hania postanawia rozwikłać zagadkę i ponownie wyprawić się na Samotny Szczyt. Gdy wraz z kameleonem, Strusikiem, dociera do jaskini, gubi swojego towarzysza w ciemnym korytarzu. Przestraszył się on bowiem skalnego szczura i uciekł z rąk dziewczynki.  Hania poszukując towarzysza, błądzi po jaskini. W końcu natrafia na umeblowaną pieczarę... Kto ją zamieszkuje? Przekonajcie się sami... Uchylę  tylko rąbka tajemnicy, że był okropnym bałaganiarzem, a to spotkanie odmieniło los dziewczynki.

Słuchowisko wykonane profesjonalnie. Ładne ilustracje towarzyszące treści i znakomita interpretacja głosowa lektora, Włodzimierza Pressa, to zdecydowane atuty. Treść bajki porusza problematykę relacji rodzinnych i  koleżeńskich. Mówi o wartościach, jakimi jest odwaga i  męstwo, nawiązuje do tradycji kodeksu rycerskiego. Pokazuje też ludzkie przywary, czyniąc opowieść bardziej rzeczywistą.
Można jej nie tylko posłuchać, ale i obejrzeć na YT. Całość składa się z czterech części.
Jest to dobra alternatywa dla codziennej porcji bajek przed snem.



tytuł: Przygody Smoka Alberta. Łuska smoka.
autor tekstu: Jacek Kozłowski
lektor: Włodzimierz Press
czas: 48 min.

czwartek, 23 marca 2017

Videorelacja



       


            Zapraszam do obejrzenia videorelacji                             ze spotkań z bajką
                           w przedszkolach😊






filmik😊

                https://youtu.be/SM2qLyzu0XI

wtorek, 7 marca 2017

Videomigawka z Bajkogrodu


Witam serdecznie! 





Zapraszam do migawki z rysunkami do trzech bajek "Królewna Płakajka", "Skarpetki Wojtusia " oraz " O smoku, który nie lubił zielonej pietruszki "

😊


poniedziałek, 27 lutego 2017

Królewna Płakajka

Była sobie królewna. Miała na imię Rozalka. 

Mieszkała w pięknym zamku z czerwonej cegły. Miała kochających rodziców, Króla i Królową oraz dwóch starszych braci, królewiczów Jakuba  i Michała.
Rozalka była prześlicznej urody. Jej blond loki i chabrowe oczy znano w całym królestwie, jak  długie i szerokie, gdyż na niemal każdym ważnym placu wisiał plakat królewskiej rodziny. Wszyscy zachwycali się i cieszyli, że żyją w tak dobrym i bezpiecznym miejscu.  Królewna była  małym dzieckiem, wesołym i szczęśliwym, kiedy zdarzył się wypadek. Był piękny, letni dzień. Rozalka bawiła się z braćmi na piaszczystej plaży nad Smutnym Jeziorem. Razem z królewiczami budowała z piasku zamek i robiła babki. Król i Królowa pozwalali dzieciom bawić się na plaży, lecz zabronili im wchodzenia do ciemnoszarej wody jeziora. Istniała bowiem taka legenda, że kto zamoczy się w wodzie Smutnego Jeziora, będzie już zawsze smutny i płaczący.


                            rys. Konrad 7 lat



Jednak dzieci, jak to dzieci...czasem zapominają o rodzicielskich zakazach i robią, co tylko chcą.  Królewicze, Jakub i Michał, dla zabawy ochlapali małą siostrę ciemnoszarą wodą jeziora...

Nagle na niebie pojawiły się, nie wiadomo skąd, czarne chmury. Powiał silniejszy wiatr. Smutne Jezioro zaczęło się kołysać i falować, wywracać łodzie ubogich rybaków.
Rozalka z uśmiechniętej dziewczynki nagle stała się smutna i zaczęła płakać. Jej śliczne blond loki zmieniły się w szare, chabrowe oczka również poszarzały i nie miały już tego pięknego blasku.
- Co myśmy zrobili!- zawołał starszy brat, Jakub, do młodszego! -To przecież Smutne Jezioro!
- Zupełnie zapomniałem o tym, że nie wolno nam do niego wchodzić, ani dotykać jego wody.- zawołał zrozpaczony Michał! - I co teraz będzie? Czy Rozalka już zawsze będzie tylko płakać?

Król i Królowa byli wówczas w zamku i nie wiedzieli o niczym, dopóki nie dotarł do nich ubogi rybak, siedzący wcześniej na brzegu jeziora.

- Wasze Wysokie Moście- zaczął rybak- Królewna płacze, spadły na nią krople wody z jeziora i ją zaczarowały!
- To niemożliwe, nasze dzieci wiedzą, że nie wolno im wchodzić do wody...- odrzekł spokojnie Król.
- To prawda, nie weszli, ale królewicze dotknęli wody łopatką i ochlapali królewnę Rozalkę- rybak zaczął też płakać, znał bowiem legendę i wiedział, że ten los ciężko odwrócić.

Królowa się zaniepokoiła.
- Biegnijmy tam natychmiast!- zawołała i popędziła w swojej długiej, pięknej sukni nad Smutne Jezioro. Za nią biegł lekko zasapany Król. Gdy dotarli na brzeg szarej wody, Rozalka płakała. Bracia próbowali ją pocieszyć, lecz nie można jej było ani uspokoić, ani utulić. Nie rozśmieszył jej żaden dowcip zazwyczaj opowiadany przez Michała, ani żadna głupia mina. Szlochała i szlochała, z jej oczu kapały ogromne łzy.
- Musimy wezwać medyków, najlepszych na świecie!- zawołał Król i zabrał Rozalkę do zamku.
Niestety, nie pomogły żadne mikstury, ani maści, ani syropki kolorowe. Nic. Królewna nieustannie płakała.

Król wyznaczył nagrodę dla tego, kto zdejmie zły czar z jego małej córki. Na nic jednak były wszelkie próby. Nikomu nie udało się zdjąć smutku z serca dziewczynki.
 I tak mijały dni, miesiące i lata. Królewicze wyrośli już na pięknych młodzieńców. A królewna Rozalka, nazywana teraz Królewną Płakajką, co chwilę wybuchała płaczem. Jej serduszko było bardzo, bardzo smutne...

Skończyła siedem lat. Miała na urodzinach wielki tort czekoladowy, lody i złote półmiski ulubionych owoców i cały zamek gości, ale i tak ciągle płakała. Nie pomogły też prezenty, wakacje na nartach, ani piękne stroje. Płakajka szlochała. Od płaczu jej nos zrobił się opuchnięty, oczy czerwone, cera zszarzała. Całe królestwo stało się smutne. Król myślał nawet o tym, aby oddać koronę swojemu bratu. Jednak Królowa mu to odradziła, wierząc, że któregoś dnia powróci do nich szczęście.

                                                                           Monika, lat 8


Pewnego dnia, tuż po urodzinach królewny, do królestwa przybył gość z dalekiej krainy. Słyszał o nieszczęściu Płakajki i postanowił jej pomóc.  Opowiedział wszystkim o pewnym źródełku, które jest wysoko w górach. Nazywa się Źródełkiem Radości, ponieważ każdy, kto do niego dotrze i wypije trochę wody, zaczyna odczuwać radość. Nawet, jeśli wcześniej był bardzo smutny. Tylko droga w góry jest daleka i bardzo niebezpieczna. Nie wszystkim udaje się tam dotrzeć i źródełko odnaleźć.

Król i Królowa zdecydowali, że zorganizują wyprawę do tego miejsca. Wyślą tam najdzielniejszych mężczyzn, aby zaczerpnęli wody do butelki i przynieśli królewnie. Pierwszy na ochotnika zgłosił się królewicz Jakub, który wpadł na pomysł ochlapania siostry wodą ze Smutnego Jeziora. Chciał w ten sposób naprawić swój bardzo wielki błąd.
Dołączył do niego młodszy brat, który też przed laty brał udział w tej zabawie. Król i Królowa trochę niechętnie zgodzili się na ich wyjazd.
Bracia wyruszyli w czwartkowy poranek. Słońce świeciło radośnie, ptaszki w ogrodzie śpiewały, w całym królestwie unosił się słodkawy zapach. Nie wiadomo, czy kwiatów, czy może nadziei na przywrócenie Królewnie Płakajce dawnej radości.

Król i Królowa długo stali na dziedzińcu zamkowym i machali synom na pożegnanie białymi chustkami. I choć odczuwali niepokój, byli szczęśliwi, że ich synowi mieli odwagę podjąć się tego niełatwego zadania. Wyprawa trwała trzy miesiące. Młodzi królewicze, gdy już konno dotarli w góry, wspinali się i przeszukiwali niemal każdą skałę i każdą grotę, aby odnaleźć źródełko.
 Spali w jaskiniach lub na trawie. Nie mieli wygód, ani jedzenia takich, jak na zamku. Często myśleli o domu, rodzicach i przede wszystkim o ich siostrze, która przez ich niemądry żart sprzed lat, wciąż nie przestawała płakać. Wiedzieli, że powinni jej teraz pomóc.

- Jakub, obudź się- Michał szturchnął brata w środku nocy, którą spędzali w jaskini- Słyszysz?
- O co chodzi?- zapytał zaspany królewicz i głośno ziewnął. - Co mam niby usłyszeć?
- Plusk wody! To ono, to źródełko!-zawołał szczęśliwy królewicz Michał i zerwał się z legowiska.
- A co to dziwnego, że woda kapie? Jesteśmy w jaskini. - ciągnął zaspany Jakub.- Pełno tu wody.
 Brata już jednak przy nim nie było. Ruszył więc i królewicz Jakub w głąb jaskini.
A plusk słychać było z każdym krokiem coraz wyraźniej. Momentami wydawało się, że ktoś gra lub śpiewa.
Po dłuższej chwili, Jakub odnalazł brata. Zobaczył też światełko dochodzące jakby ze środka skały.
- Ciiii- upomniał Michał Jakuba, gdy ten się do niego zbliżył.
- Co tam jest?- zapytał starszy królewicz.
- Raczej kto? Zobacz sam, to niezwykłe zjawisko.- Michał był zachwycony widokiem.
Rzeczywiście, w środku jaskini siedziała piękna nimfa i grała na harfie, a u jej stóp wybijało źródełko. Michał od razu poczuł, że kocha tę nimfę i nie może już bez niej żyć. Jednak niełatwo ją było oswoić. Kiedy zobaczyła, że przyglądają się jej dwaj młodzieńcy, od razu schowała się za skałę, a w miejscu wybijającej wody, pojawił się piasek.
- Przestraszyłeś ją!- zawołał  gniewnie królewicz Michał do brata- Uciekła i zabrała ze sobą źródełko!
- Co ty mówisz?! To nimfa, a one nie przebywają w towarzystwie ludzi!- wyjaśnił Jakub.
- I kto nam teraz da cudowną wodę dla Płakajki!? Wszystko zepsułeś!- wołał rozżalony Michał.- Już nigdy nie zobaczysz uśmiechu na jej twarzy!
Tej rozmowie przysłuchiwała się w ukryciu nimfa. Wiedziała o tym, że gdzieś daleko w królestwie jest smutna księżniczka, która ciągle płacze, ale nie znała jej braci. Kiedy usłyszała, co mówili młodzieńcy, postanowiła im pomóc.
- Witajcie. Nazywam się Aurelia, jestem opiekunką tego źródełka.- powiedziała łagodnie.
- Dzień dobry- odpowiedzieli niemal jednoczenie bracia, zachwyceni widokiem tak pięknej istoty.
- Co was sprowadza?- ciągnęła nimfa.
- Potrzebujemy wody z tego źródełka, dla naszej siostry, która wiąż płacze.- wyjaśnił starszy królewicz, gdyż Michał nie mógł z wrażenia wykrzesać z siebie słowa.
- Czy wiecie, co to za źródełko? - zapytała opiekunka.
- Czyż nie Źródełko Radości?- dopytał Jakub.
- Ach, nie!- wykrzyknęła Aurelia- Woda, której szukacie jest jeszcze dalej, po drugiej stronie góry.
- Więc cóż to za miejsce?- zapytał  wreszcie królewicz Michał.
- To Grota Zakochanych, a to Źródełko Miłości. Każdy, kto wspólnie wypije tę wodę, zakocha się w sobie już na zawsze.
Michał czuł, że nie potrzebuje wody ze źródełka, aby zakochać się na zawsze w Aurelii. Z jednej strony był szczęśliwy, że ją spotkał. A z drugiej nieszczęśliwy, bo wiedział, że będzie musiał ją opuścić i  szukać dalej właściwego źródła.
- A czy możemy zaczerpnąć wody z tego źródełka i zanieść naszej siostrze? Może to odczaruje urok  Smutnego Jeziora? Przecież każdy zakochany jest radosny!- zapytał królewicz Jakub, który był rozsądniejszy od brata.
- Możecie, proszę.- odpowiedziała nimfa i sprawiła, że znów u jej stóp ożyła woda.
- Pamiętajcie tylko, że czar tej wody działa tylko trzy dni, w tym czasie trzeba się jej napić. Później zamieni się w piasek.- przestrzegła Aurelia i podała królewiczowi złotą butelkę napełnioną wodą.
- Dziękuję, może to wystarczy Płakajce. W takim razie pójdziemy już, do widzenia Aurelio.- powiedział Jakub i chwycił za ramię brata, który tylko powtarzał - Do widzenia, do widzenia, do widzenia, nie odrywając z niej wzroku.
Nimfa dobrze widziała, co czuł młodzieniec, lecz nic nie mogła zrobić. Na miłość nie ma lekarstwa. Usiadła przy swoim  źródełku i zaczęła znów śpiewać.
Gdy bracia wyszli z pieczary na dworze właśnie świtało. Czerwone słońce wschodziło nad wysokimi szczytami gór.  Młodzieńcy ze wzruszeniem patrzyli na ten widok. A daleko stąd na to samo wschodzące słońce patrzyła również królewna, która czekała w zamku na powrót braci. Od ich wyjazdu minęło już sporo czasu. Dziewczynka każdego poranka wypatrywała królewskich koni z młodzieńcami na grzbiecie.


                                                                    Jagoda, lat 6

Tymczasem bracia zdecydowali, że nie wrócą od razu do domu, tylko poszukają tego miejsca, gdzie wybija Źródełko Radości. Zaglądali  więc do każdej groty, za każdą skałę, pod każdy krzak. Niestety, nigdzie źródełka nie widzieli. Chwilami sądzili, że ktoś sobie z nich zażartował,  i że wcale takiego miejsca nie ma... Po dwóch dniach  poszukiwań postanowili wrócić do domu, najszybciej  jak się da. Aby woda ze Źródełka Miłości nie straciła swej mocy. Dosiedli koni i ruszyli w powrotną drogę.

- Jedziemy już tyle czasu, musimy odpocząć. Konie muszą się napić.- zatrzymał brata  królewicz Michał.
- Do zachodu słońca została jeszcze godzina, pojedźmy dalej, odpoczniemy o zmierzchu. - odparł Jakub, który liczył każdą godzinę tej podróży.
- Nie mam  już sił !- zawołał młodszy brat. -Ja tu zostaję!
- Nie marudź, musimy dotrzeć do Płakajki, zanim woda zamieni się w piasek, a to już za jeden dzień!
- Ale on ma dopiero siedem lat! Nie znajdzie teraz królewicza! Daj spokój, to na nic.- mamrotał zmęczony Michał.
- No dobrze, odpocznijmy chwilę, nich konie się napiją, bo dziś upał.- zgodził sie Jakub i zatrzymał konie.- Ale na noc musimy dotrzeć tu. -Pokazał palcem miejsce na mapie, lecz młodszy brat  już spał, oddychając miarowo.
- No pięknie, w takim razie sam trochę się rozejrzę.- pomyślał głośno Jakub i ruszył na skały.
Stąpał ostrożnie po ostrych kamieniach. Podziwiał jednocześnie cudowne górskie widoki i nadsłuchiwał plusku wody.
Po chwili na niebie pojawiły się ciemne chmury, z których zaczął padać deszcz. Początkowo delikatnie, by już po chwili rozhulać się na całego. Królewicz nie mógł iść dalej, ścieżki zaczęły zamieniać się w małe potoki, które spływały z wyższych pięter gór. Gdy Jakub zobaczył wejście do jaskini, od razu skorzystał ze schronienia. Spotkał tam kilka jaszczurek i nietoperzy. Na jego widok uciekły w głąb ciemnego tunelu w skale, lecz po chwili wróciły do królewicza. Nietoperze zawirowały nad jego głową, a  jaszczurki zaczęły tańczyć u jego stóp. Wyglądały na radosne i zachwycone wizytą niespodziewanego gościa. Wreszcie zatrzymały się, dając jakby młodzieńcowi tajemny znak. Potem znów uciekły w głąb korytarza. Jakub postanowił pójść za nimi. Szedł ostrożnie po kamieniach, ale nie musiał się obawiać. Tunel robił się coraz jaśniejszy i milszy. Królewicz miał nadzieję, że trafił do właściwego miejsca, skąd zaczerpnie wodę dla swej siostry.
                      rys. Konrad 7 lat


I nie pomylił się. Rzeczywiście, dotarł do Źródełka Radości, które wybijało z małej skały tuż pod sklepieniem tunelu. Dostrzegł przy brzegu wody wiele radośnie tańczących zwierzątek.
Podszedł bliżej do wody, schylił się i już chciał zaczerpnąć jej na dłoń, gdy zza skały pojawiła się  pewna postać.
- Stop! Co robisz?- zapytała gniewnie. Jakub nie spodziewał się nikogo, więc przestraszony odsunął się od źródła.
- Kim jesteś i co tu robisz?- znów zapytała. Królewicz przez mgłę dostrzegł  dziewczęcą postać. I domyślił się, że to nimfa, zapewne opiekunka tego źródełka.
- Jestem Jakub, dotarłem tu po wodę dla mojej siostry, królewny Płakajki.- odpowiedział grzecznie. Istota zbliżyła się do niego. W końcu młodzieniec dostrzegł jej twarz. Była to śliczna, młoda nimfa, nieco podobna do Aurelii.

-  Aha, chciałeś mi ukraść wodę, aby wyleczyć twoją siostrę ze smutku?!- oskarżyła go nimfa.
- Przepraszam, nie chciałem jej ukraść.- królewicz zaczął tłumaczyć- Nie wiedziałem, że nie można jej sobie tak po prostu wziąć.
- Gdyby tak każdy chciał sobie ją wziąć, to już by nic ze źródełka nie zostało!- ciągnęła gniewnie nimfa.- I nie byłoby smutku na świecie! A bez smutku nie ma radości!

Jakub nie był przygotowany na takie problemy. Nimfa wyglądała pięknie i miło, lecz widać wcale taka nie była. Zrozumiał w tej chwili, co oznacza powiedzenie, że pozory mylą.
- Kim jesteś?- zapytał po chwili milczenia.
- Kim? Jestem Kornelia, nimfa wodna i opiekunka tego źródła! Przychodzisz tutaj i nawet nie wiesz, z kim masz do czynienia? Nimfa była zdecydowanie w złym nastroju, zupełnie nie pasowała do tego miejsca.
- Nie wiesz, że każdy, kto chce zaczerpnąć wody z tego źródełka, musi zostawić mi podarunek?
Jakub o tym nie wiedział. Nie miał niczego przy sobie, tylko buteleczkę z wodą ze Źródełka Miłości, którą przypiął wcześniej do jego paska.
- Przykro mi, nie mam niczego dla ciebie. Ale mogę się odwdzięczyć, kiedy już moja siostra zostanie uzdrowiona- odrzekł rezolutnie.- Dostaniesz złoto i klejnoty, co tylko chcesz!
- Nie ma mowy, podarunek musi być teraz...- krzyknęła nimfa, trochę jak rozkapryszone dziecko.
Jakub się zmartwił. Taki szmat drogi pokonał wraz z bratem, tyle czasu szukał tego miejsca i wszystko na nic!

- Przepraszam, Kornelio, nie wiedziałem nic o  podarunku.- zaczął łagodnie...
- A co masz tam przy pasku? - zapytała nimfa, dostrzegłszy złotą butelkę.
- Tego nie mogę ci dać.- odpowiedział królewicz
- A więc nie otrzymasz wody- nimfa się obraziła i odeszła.
Jakub wiedział, że nie ma wyjścia. Jeśli nie odda Kornelii złotej butelki, nie dostanie wody ze Źródełka Radości i nie odczaruje smutnego serca Płakajki.
- Kornelio, weź proszę tę butelkę.- Po namyśle Jakub podał ją nimfie drżącymi rękoma. Po raz pierwszy zobaczył jej piękne, zielone oczy i kasztanowe włosy. Nimfa obejrzała butelkę, wyjęła złoty korek i ostrożnie popiła zawartość. Nie wiedziała, co to za woda. Nigdy jej jeszcze nie piła. Ale posmakowała jej. Wypiła jeszcze kilka łyków,  po czym podała butelkę królewiczowi.
- Dziękuję, napij się i ty, z pewnością jesteś spragniony.- rzekła.
Kornelia nie wiedziała, jaką moc ma ta woda, ale królewicz wiedział. A ponieważ nimfa wydała mu się najpiękniejszą istotą na świecie, choć może nie najmilszą, postanowił posłuchać  jej prośby i napić się. Gdy butelka była już pusta, nimfa wzięła ją i napełniła wodą ze Źródełka Radości.
- Proszę, zanieś wodę swojej siostrze, niechaj przestanie już płakać.- powiedziała królewiczowi i podała butelkę.  Głos jej był spokojny, łagodny i ciepły, nie słychać już było w nim nutki rozkapryszenia.
- Dziękuję- odparł Jakub, a serce biło mu tak szybko, jakby miało zaraz wyskoczyć. Czuł, że czar wody zaczął działać. Chciał się pożegnać z nimfą, lecz serce nakazało mu inne słowa.
- Kornelio, czy pojedziesz ze mną na zamek?
- Ach, tak!  Mój najdroższy!- wykrzyknęła  radośnie nimfa i rzuciła się królewiczowi na szyję.

Gdy zakochani dotarli do miejsca, gdzie zasnął królewicz Michał, była ciemna noc. Okazało się, że jego już tam nie ma. Kornelia i Jakub postanowili, mimo później pory, zejść z gór i udać się w kierunku drogi na zachód, która prowadziła do królestwa. Szli całą noc, wpatrując się to w siebie, to w niebo i opowiadając sobie o swoim życiu.
 O świcie dotarli do rozwidlenia dróg. Tam czekał na nich królewicz Michał i... nimfa Aurelia!
- Bracie, dobrze, że jesteś! - zawołał Jakub, kiedy dostrzegł królewicza.
- Aurelia??? Co ty tu robisz?- zapytała Kornelia swoją starszą siostrę.
I tak dwaj synowie królewscy znaleźli podczas wyprawy nie tylko Źródełko Radości, ale również dwie piękne nimfy, które były siostrami, a później zostały ich żonami, ku wielkiej radości Króla i Królowej.

A Płakajka ?

Królewna Płakajka jak co rano wypatrywała swoich braci z okna zamku. Kiedy już nadszedł dzień ich powrotu, wypiła ze złotej butelki cudowną wodę, która  szybko zdjęła z niej smutek. Dziewczynka znów stała się piękna i  radośnie się uśmiechała.   Uwielbiała się bawić. Miała w końcu siedem lat! A najbardziej szczęśliwa była z tego, że zyskała dwie śliczne, cudowne siostry- wodne nimfy, które spędzały z nią wiele czasu, ucząc różnych niezwykłych rzeczy, jak na przykład tańca między kroplami deszczu.
- Dziękuję wam, bracia, że zdobyliście  dla mnie tę wodę- powiedziała kiedyś królewiczom do ucha.

Królewny- nimfy, Aurelia i Kornelia, swoją cudowną mocą odczarowały Smutne Jezioro, które zmieniło się w Jezioro Szmaragdowe. Już nikt nie obawiał się jego wody. Mieszkańcy królestwa kąpali się i bawili, nadrabiając stracony czas.
 A Płakajka znów stała się Rozalką, która szczęśliwie rosła u boku kochanych rodziców, braci i ich żon. Wkrótce wszyscy zapomnieli, że kiedyś była smutną i ciągle płaczącą dziewczynką.


Pytania do tekstu:
1. Jak miała na prawdę na imię Królewna Płakajka?
2. Kim byli dla Płakajki Jakub i Michał?
3. Dlaczego mała radosna królewna zmieniła się w Królewnę Płakajkę?
4. Co zrobili rodzice dziewczynki, aby przestała płakać?
5. W jakim celu bracia dziewczynki wyruszyli w góry?
6. Kogo młodzieńcy spotkali podczas wyprawy?
7. Jaką moc miała woda ze Źródełka Miłości i Źródełka Radości?
8. Z kim zaprzyjaźniła się Płakajka po przemianie w królewnę Rozalkę?
9. Co się stało ze Smutnym Jeziorem?
10. Jak zakończyła się historia rodziny królewskiej?


Zobacz też!

Videomigawka z rysunkami :)
https://drive.google.com/file/d/0B2Sue6WDf9KdVVRnRmpOZnNZTTA/view?usp=sharing

warsztaty bajkowe dla dzieci IMPROBAJA
https://bajkogrod.blogspot.com/p/blog-page_21.html

czwartek, 2 lutego 2017

O smoku, który nie lubił zielonej pietruszki

Kamila Posobkiewicz


Był sobie smok. Na imię miał Smoczyś.

 Mieszkał daleko stąd, w jaskini u podnóża bardzo wysokiej góry. Miał mamę, tatę, starszego brata i siostrę. Jak wszystkie smoki był zielony i posiadał skrzydła. Wprawdzie jeszcze nieduże, ale wierzył, że kiedyś staną się piękne i rozłożyste... Na razie nie potrafił jeszcze  nimi machać na tyle dobrze, żeby wzlecieć na szczyt wysokiej góry, którą codziennie obserwował z łąki. Czasami się poddawał i  smutniał. Zwykle jednak był pogodnym, wesołym smokiem, lubiącym się bawić ze swoim rodzeństwem, Smoczalinką i Smoczyziem. Uwielbiał zabawę w chowanego. Potrafił tak się ukryć, że nikt nie umiał go znaleźć, nawet jego rodzice. Bardzo kochał swoją rodzinę i swój dom- jaskinię, w której czuł się dobrze i  bezpiecznie.
Był  prawie taki sam, jak pozostałe  smoki w domu. Różniło go tylko jedno. Nie lubił jeść zielonej pietruszki, którą wszyscy wprost uwielbiali...

                                           
rys. Józek, 7 lat

-Synku, jedz, bo to samo zdrowie - tłumaczyła mu mama, nakładając pietruszkę na talerz. - Nie urośniesz, jeśli nie będziesz jeść pietruszki. Twoje skrzydła nie staną się tak silne, by wzlecieć na szczyt góry - pouczała.
 Jednak mały smok nie bardzo mógł sobie z pietruszką  na talerzu poradzić. Wydawała mu się gorzka, kwaśna, szczypała go w język. Była po prostu ble...

 Któregoś dnia zmartwiony tata, Smoczysław, powiedział do mamy.
- Kochanie, musimy coś zrobić, aby nasz syn polubił pietruszkę. Przecież wszyscy ją jemy! - stwierdził. - Dzięki temu mamy piękną, zieloną skórę i mocne skrzydła.
 Gdybyśmy jej nie jedli - ciągnął Smoczysław- stalibyśmy się słabymi, malutkimi smoczkami. Nie mielibyśmy też siły zionąć ogniem. A kto widział, żeby smok nie zionął ogniem?

Mama, Smoczanna, przyznała tacie absolutną rację.
Wezwano do Smoczysia  najlepszego w okolicy lekarza. Doktor Pazur obejrzał pacjenta. Zbadał najpierw  jego jedno oko, potem drugie. Następnie zerknął do paszczy, policzył zęby, zajrzał do gardełka i do nosa, nawet do uszu. Stwierdził, że nie widzi  żadnych przeszkód, aby Smoczyś jadł pietruszkę. Nie widział też żadnych oznak choroby, która wyjaśniłaby, dlaczego smok jej jeść nie chce.

Rodzicom nie dało to jednak spokoju. Nadal usiłowali zachęcać synka do zielonych listków warzywa. Mama nawet piekła ciasteczka z pietruszki, robiła przekąski, kręciła lody, ale Smoczyś jak pietruszki nie lubił, tak nie lubił.
Coraz bardziej za to czuł się samotny. Wydawało mu się, że jest inny niż jego cała rodzina.  Pomyślał, że skoro nie  jest taki jak wszyscy,  to znaczy, że nikt go nie kocha... Postanowił wyruszyć świat i poszukać takiego domu, w którym nie trzeba jeść pietruszki.

- Można zjeść przecież  brukselkę albo brokuła - myślał. - Dlaczego musi to być akurat pietruszka?

 Smoczyś wędrował kilka dni i kilka nocy. Poznał nowe ścieżki, łąki, góry i strumyki. Zobaczył to,  czego jeszcze wcześniej nie widział. A że widoki były piękne, w ciągu dnia zapominał o głodzie i samotności. Jednak, kiedy zapadał mrok, czuł się  niepewnie. Szukał jaskini, żeby się schronić. Podgryzał  na kolację  trochę trawy i kwiatków.  Często  myślał o swojej rodzinie, za którą bardzo tęsknił.



                               



- Może wrócę do domu i  spróbuję  polubić pietruszkę - zastanawiał się, a z jego brązowych smoczych oczu, kapały wielkie jak groszki łzy...
Jednak na samą myśl o pietruszce wzdrygał się, coś skręcało się w jego brzuszku. Całe smocze ciało zaczynało drżeć. Nawet ogon mówił, że nie chce pietruszki. Smoczyś więc porzucał  pomysł i  cicho zasypiał.
Po kilku dniach od wyjścia z domu spotkał dwa zielone pasikoniki, skubiące trawkę w dolinie rzeki.
- Dzień dobry. Kim jesteście? - zapytał Smoczyś.
-  Dzień dobry. Jesteśmy pasikonikami, a ty? - odparł jeden z nich.
- Jestem smokiem, który nie lubi pietruszki - powiedział smutno i zwiesił głowę.
- A co to jest pietruszka?- zapytał drugi pasikonik.
- Nie wiecie?- zdziwił się smok.- To warzywo, od którego ma się zieloną skórę i mocne skrzydła - odparł. - Wy też jesteście zieleni, to chyba ją jecie?
- Nie, my nie znamy tej twojej pietruszki. Jest tyle innych przysmaków - stwierdziły pasikoniki.
- No właśnie pietruszka to przysmak całej mojej rodziny, już od pokoleń. Tylko nie mój - Smoczyś się zamyślił i nawet nie zauważył, że pasikoniki poskakały już dalej.
Jak to jest, że oni mają taki kolor jak ja, a nie jedzą pietruszki? - zaczął się zastanawiać, a idąc dalej w głąb doliny, ujrzał siedzącego na drzewie zielonego ptaszka.



                                    



- Cześć ptaszku.  Czy mogę ci zadać pytanie? - zaczął smok.
- Cześć, proszę, pytaj, o co chcesz, mały smoku - odrzekł uprzejmie ptak.
- Widzę, że jesteś takiego koloru jak ja, czy jadasz pietruszkę? - ciągnął smok.
- Nie!  Jem ziarenka, drobne owady, a pietruszki  nawet nie znam. Co za śmieszna nazwa p i e t r u sz k a - zaśmiał się ptak.
- A co robisz, żeby mieć zielone piórka  i mocne skrzydła?
- Nic nie muszę robić, mam je takie z natury - odparł ptaszek i wzleciał na inną gałązkę.
- To masz szczęście - odrzekł smok. - Dziękuję ptaszku. Zatem idę dalej szukać rodziny, w której nie trzeba jeść pietruszki - pożegnał się i ruszył w drogę. Znów miał głowę pełną myśli...



                               



 Kiedy się już nieco zmęczył, przysiadł na trawie. Obserwował niebo, rzekę, kwiaty i zastanawiał się nad tym, że tyle jest różnych rzeczy na świecie.
Wtem na kwiatek przyleciał i cicho usiał motylek, cały zielony z czarną kropką. Smok bardzo się nim zainteresował, nie widział jeszcze nigdy takiego niezwykłego motyla.
- Dlaczego mi się tak przyglądasz?- zapytał wreszcie motyl nieco zawstydzony wzrokiem smoka.
- O przepraszam, jesteś taki piękny, że nie mogę się nadziwić! - odpowiedział nieco speszony Smoczyś.
- Co tutaj robisz? - ciągnął motyl.
- Odpoczywam.
- A skąd się tu wziąłeś? Nigdy wcześniej cię nie widziałem - pytał dalej motylek.
- Może dlatego mnie nie widziałeś, bo mnie tu nie było. Mieszkam daleko stąd. Poszukuję rodziny, która nie jada zielonej pietruszki...
- Zielona pietruszka? A co to za kwiat?
- To nie jest kwiat, tylko listki warzywa. W moim domu wszyscy ją uwielbiają, tylko ja jej nie lubię - Smoczyś znów zwiesił głowę, jakby czuł się winny, że pietruszka mu nie smakuje.



                                    
rys. Carmen, 7 lat


 -Jeśli to nie kwiat, to nie może być smaczny - pomyślał głośno motyl. - Latam sobie tu i tam, ale nie widziałem w okolicy żadnego innego smoka.  Nie wiem, czy taką rodzinę tu znajdziesz.
Smoczyś posmutniał, a po chwili  poczuł się bardzo głodny.
- Muszę sprawdzić, czy trawa wzmocni  moje skrzydła. Może dzięki niej urosną? - pomyślał i zjadł trawę w dużej ilości.  Później, machając mocno skrzydłami, próbował wzlecieć. Niestety, chociaż wynik się  nieco poprawiał, wciąż nie dotarł do żadnego szczytu.            
Smoczyś obawiał się, że już nigdy mu się to nie uda.
Usiadł skulony w małej grocie i zapłakał. Po pewnym czasie usłyszał szelest ciężkich skrzydeł.
Wyjrzał na zewnątrz i zobaczył nadlatujące dwa smoki. To byli jego rodzice. Przysiedli na łące i zaczęli szukać swojego synka. Gdy ujrzeli go w gorcie, pierwsza przybiegła do niego mama.



                                 

rys. Konrad, 7 lat

- Synku! Jesteś! Tak się martwiłam! Nic ci nie jest?  - zaczęła Smoczanna, biorąc w objęcia swojego synka. - Chyba jesteś cały i zdrowy?
- Och, mamo. Tak mi przykro - rozpłakał się Smoczyś. - To wszystko dlatego, że nie lubię pietruszki - powiedział  smutno  i zaczął chlipać.
-Wy wszyscy ją lubicie, więc pomyślałem, że lepiej będzie wam beze mnie. A ja pójdę i poszukam innej rodziny - powiedział. A wiesz,  spotkałem pasikoniki, zielonego ptaszka i motylka z czarną kropką, którzy nawet nie znali pietruszki, a byli pięknego zielonego koloru!


                                

 -Kochanie, skoro tak bardzo nie lubisz pietruszki, nie będziesz musiał jej już jeść - odezwał się  spokojnie tata. - Każdy z nas jest trochę inny, mamy różne upodobania,  ale wszyscy należymy do tej samej rodziny. I kochamy ciebie takiego, jakim jesteś, synku!

 Smocza rodzinka mocno się przytuliła,  wyściskała, wycałowała, a potem odleciała do swojej smoczej jamy  u podnóża bardzo wysokiej góry.
Odtąd Smoczyś zamiast pietruszki jadł brokuły. Teraz już był szczęśliwy!


                                 

rys. Oliwia, 7 lat



pytania do tekstu:


1. Jak nazywali się rodzice i rodzeństwo  Smoczysia?
2.Co lubili jeść wszyscy w rodzinie poza Smoczysiem?
3. Dlaczego pewnego dnia  Smoczyś wyruszył w drogę ?
4. Co na temat pietruszki powiedziały mu napotkane po drodze zwierzęta?
5.Dlaczego Smoczyś był smutny i płakał w grocie ?
6. Jak zakończyła się przygoda Smoczysia?


 Bajka w wersji  AUDIO 
kliknij link poniżej:)
https://drive.google.com/file/d/0B2Sue6WDf9KdSFlLX3RGMllYcDQ/view?usp=sharing


Zobacz również warsztaty bajkowe IMPROBAJA!
https://bajkogrod.blogspot.com/p/blog-page_21.html

piątek, 20 stycznia 2017

Skarpetka Wojtusia

Była sobie skarpetka błękitna w paski. 

Mieszkała w szufladzie pełnej różnych skarpetek, podobnych do niej. Miała swoją przyjaciółkę, skarpetkę do pary, z którą się rozumiała i świetnie dogadywała. Można powiedzieć, że była szczęśliwa.

Czuła się dumna, kiedy mały Wojtuś, właściciel skarpetek, nakładał je na  swoje małe, wesołe stópki. Błękitna bardzo lubiła bawić się z nim w skakanie, turlanie, wymachiwanie. Lubiła nawet stawać na czubkach palców, jak  tańczą w balecie.

 Pewnego dnia, kiedy została wyjęta z pralki wraz z innymi ubraniami, zorientowała się, że brakuje jej przyjaciółki do pary. Bardzo przestraszona zaczęła rozglądać się po lince, gdzie została zawieszona.

- Gdzie ona może być? - zastanawiała się- przecież razem byłyśmy w pralce, razem wirowałyśmy i kręciłyśmy się, pluskając w pienistej wodzie.
Niestety, mimo usilnego wytężania wzroku, błękitna nie zobaczyła swojej koleżanki. Nigdzie jej nie było. Samotna błękitna w paski skarpetka Wojtusia wisiała smutno na lince, a z oczu kapały jej łzy...




-Już nigdy jej nie zobaczę- mówiła z żalem do innej wiszącej obok skarpetki...

 Czuła się bardzo samotna, tym bardziej, kiedy widziała, że inne skarpetki mają swoje pary i razem baraszkują w szufladzie albo na stopach Wojtusia. Błękitna w paski pomyślała, że jest  już  niepotrzebna, bo kto założy jedną skarpetkę?  Przecież nosi się dwie...

 Kiedy mama Wojtusia ściągała z linki pranie, zauważyła, że brakuje drugiej błękitnej skarpetki w paski.  Wyjęła z szuflady specjalne pudełko, otworzyła je i włożyła pozostałą skarpetkę.

-To was tutaj jest więcej? - zapytała nasza bohaterka, kiedy znalazła się w pudełku.
- Oj tak!- odpowiedziała zielona w kropki.- Zobacz, jest nas cała gromada. Są tutaj skarpetki w paski i w kropki, w dinozaury i w potwory, prążkowane i gładkie, długie i krótkie. Jakie tylko chcesz.
- I wy wszystkie nie macie swojej pary? - zapytała z niedowierzaniem błękitna w paski
-No niestety, nie mamy. Gdzieś podziały się w podróży lub w przedszkolu albo w praniu..
-A to tak jak moja najlepsza przyjaciółka, też gdzieś się zapodziała. Nie mam pojęcia, gdzie..- powiedziała błękitna w paski.- Bez niej już nigdy nie będę szczęśliwa..
- Nie martw się, może jeszcze się znajdzie...czasem po kilku dniach wracają nasze zguby...
- Widzę, że nie jesteście wcale smutne- zauważyła błękitna w paski.- Skąd się bierze wasza radość ?
- Cieszymy  się, bo jesteśmy razem.- odparła szara z dinozaurem- Żałujemy, że nie mamy pary i że Wojtuś raczej nas nie założy na swoje nóżki...Nasze życie jest zupełnie już inne. Jednak wciąż czekamy.  Jesteśmy potrzebne na przykład do prezentów na gwiazdkę albo do adwentowego kalendarza, który robi mama Wojtusia co roku- ciągnęła szara w dinozaury.

- Ach tak, to super! -pomyślała błękitna w paski- To znaczy, że ja jeszcze kiedyś na coś się przydam...
-




 Minęło kilka dni i nocy,  nasza bohaterka zdążyła zaprzyjaźnić się z innymi samotnymi skarpetkami. Pewnego dnia, a było to czwartek, otworzyło się pudełko i zajrzała do niego mama Wojtusia, trzymająca w ręku drugą błękitną skarpetkę w paski.
Och, jakże się cieszyły obie błękitne skarpetki ze swojego spotkania!
- Gdzie byłaś?  -zapytała pierwsza.
- Zgubiłam się, fala porwała mnie na drugą stronę Wielkiej Wody, daleko stąd. Znalazłam się w Krainie Zgubionych Rzeczy. Nawet nie wiesz, jak wiele skarpetek tam mieszka! Niektóre już tak długo, że zapomniały o swoim prawdziwym domu. Widziałam- ciągnęła dalej odnaleziona skarpetka- smutne i stęsknione ubrania, które próbowały się wydostać, lecz bez skutku. Na granicy stoi strażnik, Wielki Bucior, który nie pozwala nikomu stamtąd wyjść. Ma okropne zęby i długie sznurówki, którymi łapie chcące się przedostać przez granicę skarpetki.
- To okropne!- powiedziała pierwsza błękitna skarpetka w paski…- tyle złego cię spotkało, tak mi bardzo przykro….
 -Próbowałam wrócić, lecz nie wiedziałam, jak przejść przez granicę. Nie czułam się tam szczęśliwa, choć poznałam nowe koleżanki. - opowiadała jednym tchem zagubiona skarpetka.- Wreszcie pewnej nocy, kiedy Wielki Bucior zasnął, prześlizgnęłam się obok niego bezszelestnie i wróciłam!!! Oto cała moja przygoda. A ty co robiłaś?






Błękitna w paski opowiedziała swojej skarpetce do pary o tym, co robiła przez ten czas.
 Zagubiona skarpetka poczuła w sercu ukłucie. Zrozumiała, że jest troszkę zazdrosna o przyjaciółkę, kiedy usłyszała, że tamta zaprzyjaźniła się też z innymi skarpetkami z pudełka. Było jej przykro, a nawet trochę się obraziła. Myślała, że błękitna w paski  będzie miała tylko jedną przyjaciółkę, właśnie ją.  Zagubiona przez chwilę żałowała, że wróciła. Postanowiła   tym razem schować się tak, aby nikt jej nie znalazł.
 Kiedy mama Wojtusia chciała założyć piątkowego ranka obie skarpetki na małe stópki chłopca, nie mogła tego zrobić, bo znów była tylko jedna...

- Jedna? Jestem pewna, że były obie- zdziwiła się mama.- Gdzież się druga znów zapodziała? Trudno, wezmę inne…
Błękitna skarpetka w paski, która znów została sama, była smutna i w kąciku cichuteńko łkała. Nie rozumiała, dlaczego jej przyjaciółka znów odeszła, tym razem chyba na zawsze… Nowe koleżanki ją pocieszały, ale ona znowu czekała na swoja skarpetkę do pary.


Na szczęście, po kilu dniach zazdrosna zagubiona skarpetka zrozumiała, że bardzo tęskni za swoją skarpetką do pary i że można mieć kilku przyjaciół.
Wyszła z ukrycia i obie błękitne skarpetki w paski znów radośnie biegały, skakały, tupały i machały na stópkach małego Wojtusia. Teraz dobrze wiedziały, że tylko razem mogą być przydatne i szczęśliwe. Bo przecież kto nosi jedną skarpetkę?




Zapraszam na warsztaty bajkowe IMPROBAJA
https://bajkogrod.blogspot.com/p/blog-page_21.html


piątek, 23 grudnia 2016

Święta Pana Titido



Niedaleko Rzeki Błękitki, w małym domu z ogródkiem mieszkał Pan Titido wraz ze swoim Kotem, który nazywał się Tito.



Śnieg przyprószył ich dom i ogród, tak że wyglądały niemal jak z bajki.
Kot Tito, który kochał spać, dziś obudził się bardzo wcześnie. Wskoczył na parapet i przez okno obserwował wróble ćwierkające na choince w ogrodzie.
- Czas przystroić naszą choinkę ogrodową- pomyślał i poczłapał do piwnicy po  karton z bombkami.
Przy okazji obudził Pana Titido, który chyba zapomniał, że dziś Wigilia.
- Ach Kocie, widzę, że nie marnujesz czasu!- przywitał się z przyjacielem Pan Titido.
- Dziś Wigilia, zapomniałeś?- odparł kot i zaczął wyciągać ulubione ozdoby  z kartonu.
- Ależ pamiętam, o tym nie można zapomnieć!- Pan Titido nie znał nikogo, kto by zapomniał o świętach. Znał takich, którzy obchodzili je w różny sposób, ale zawsze pamiętali.
- Idę ubrać choinkę w ogrodzie, zanim wróble się w niej zadomowią- stwierdził Tito i nie czekał już na Pana Titido, wypchnął karton z bombkami za drzwi wejściowe i wyszedł do ogrodu.
Jego pan się tylko uśmiechnął i pomaszerował za kotem.

- Mamy dziś wiele do zrobienia, Kocie- oznajmił Titido, gdy już choinka była gotowa i dumnie świeciła kolorowymi lampkami. Nawet wróble wyrażały swoje zadowolenie i chwilowo przeniosły się na parapet.
- Myślę, że już wystarczająco pomogłem w przygotowaniach- stwierdził leniwie Kot Tito, któremu zrobiło się trochę chłodno i jak najszybciej chciał wrócić do ciepłej kuchni.
- Pójdę do miasteczka po zakupy, a ty w tym czasie zrobisz pierniczki, co ty na to? - zaproponował Pan Titido. Wiedział dobrze, że Tito uwielbia pierniczki, jedynym zagrożeniem było tylko to, czy ciastka wytrwają do wigilii.
- Potem spakujemy prezenty dla naszych przyjaciół i ułożymy pod choinką- ciągnął Titido.
- A dla mnie też się coś znajdzie w tym roku?-  Tito nadstawił uszy na wieść o prezentach.
- Ha ha, a byłeś grzeczny Kocie?- zażartował właściciel i pogłaskał zwierzaka za uchem. - Myślę, że i dla ciebie coś się znajdzie. Święta to taki czas, kiedy każdy zostaje czymś obdarowany, choćby najmniejszym na świecie...







- To cudownie! Zabieram się zatem za pierniczki- Kot poczłapał do kuchni, a Pan Titido założył ulubioną czapkę z pomponem i wyszedł.
Kiedy Tito został sam, zadziało się w domu coś niezwykłego. Wszędzie słychać było jakby dzwonienie dzwoneczków. Kot miał dobry słuch i wiedział, że na co dzień w domu nic takiego nie słychać. Najpierw poszedł za  tym głosem, lecz gdy szukał i nie mógł znaleźć jego źródła, wrócił do kuchni.   A tam  zobaczył coś dziwnego. Na stole ciasto na pierniki samo się wałkowało i foremki same wycinały kształty ciastek!
 Kot  nie mógł w to uwierzyć, przetarł oczy ze zdumienia. I znów usłyszał dzwonkową muzykę. Podszedł do stołu, bo chciał dotknąć łapką ciasto i sprawdzić, czy to dzieje się naprawdę, ale tylko oberwał mąką prosto w nos!



- A co to za heca?!- zdenerwował się Tito i zaczął się myć łapką. Kiedy podniósł łebek, zobaczył, że pierniczki są już w piekarniku, a wszędzie w kuchni rozsypana jest mąka.
Znów usłyszał dzwonkową muzykę. Pobiegł do przedpokoju, bo właśnie karton z ozdobami na choinkę uniósł się nad podłogę i poleciał do salonu, gdzie czekała na ubranie kolejna choinka. Kot próbował karton złapać, a gdy się nie udało, wskoczył na niego.  Karton upadł na podłogę. Niestety, bombki się potłukły.  Kot był zrozpaczony! Gdy zaczął sprzątać skorupki bombek, poczuł zapach przypalonych pierników....
- O rety, co się dzieje?- pytał sam siebie, bo nie mógł uwierzyć, że to nie jest zły sen.
-Potłuczone bombki, rozsypana mąka, spalone pierniczki..co ja powiem Panu Titido? Przecież mi nie uwierzy, że to jakaś dziwna magia spłatała mi figla. I to mają być święta?- Kot był bardzo smutny.

Po chwili wrócił do domu gospodarz.
- Kocie, jestem, zgadnij, co ci kupiłem?- zawołał od progu Pan Titido.-  Mam twoje ulubione kocie ciasteczka i pierożki . Zaraz ugotujemy barszczyk.... Kocie, gdzie jesteś?
Kot nie odpowiedział. Zwinął się w kłębek i postanowił udawać, że go nie ma.
- Tito, gdzie jesteś? Chyba coś się przypala! - zawołał Titido przestraszony i wbiegł do kuchni...
- O rety!  Co się stało? Tito, gdzie jesteś?
- Nie ma mnie !- odburknął Tito spod fotela.
- A to szkoda, bo ktoś nam narobił okropnego bałaganu ! Trzeba to posprzątać!


Tito wylazł z kryjówki i opowiedział właścicielowi o tym, co dziwnego się wydarzyło podczas jego nieobecności.
- Hmm, wygląda na to, że ktoś spłatał ci figla, ale złość się na niego. Są święta, a to czas, kiedy innym trzeba wybaczać.
- A ty się na mnie nie gniewasz? -Tito czuł się bardzo źle, bo myślał, że zawiódł swojego przyjaciela.
- Ja? Skądże, kochany mój Tito, miałbym się gniewać za bałagan?!- Titido pogłaskał zwierzaka za uchem. I znów zrobiło się miło.




- Słyszysz?- Kot nadstawił uszu.
- Tak, chyba tak. To jakby dzwonki- odparł Titido i przez chwilę obaj nasłuchiwali pięknych dźwięków.

A gdy muzyka dzwonków skończyła grać, znów stało się coś niezwykłego... W salonie i kuchni był idealny porządek, choinka ubrana w piękne ozdoby dumnie stała na środku pokoju.   Zaś na stole na talerzach i półmiskach były nie tylko idealnie wypieczone pierniczki, ale i inne wigilijne potrawy.
Kot wyjrzał przez okno, pierwsza gwiazdka zawitała na niebo.


-  Chyba czas na wieczerzę, mój Kocie- wyszeptał Pan Titido pełen zachwytu.
- Taaak...

Z tego osłupienia wyrwał ich kolejny dzwonek, tym razem do drzwi. Na wspólną Wigilę przybyli przyjaciele i nieznani przybysze, którzy przyjaciółmi dopiero zostali. W domu Pana Titido i Kota Tito było gwarno, wesoło i magicznie do późnej nocy. Już z daleka słychać było śpiew kolęd, któremu wtórowały magiczne  dźwięki dzwonków :)


Wam również życzę pięknych, magicznych świąt z rodziną i przyjaciółmi za stołem :)







Sprawdź, co pamiętasz z tekstu.

1. Dlaczego Kot Titio postanowił ubrać choinkę w ogrodzie?
2. Jakie zadanie miał wykonać Tito podczas nieobecności Pana Titido w domu?
3. Co dziwnego wydarzyło się w kuchni?
4. Dlaczego Tito był smutny?
5. W jaki sposób Titido pocieszył Kota?
6. Jak Titido i jego kot spędzili resztę wieczoru?

Znasz wszystkie odpowiedzi? Super!