Rozdział 11. Narada

Kamila Posobkiewicz


W Trelandii trwały przygotownia do Luminali. To właśnie była ta chwila, kiedy w czasie pełni księżyca na świat przychodziły nowe Trelinki, powstałe z mchu i blasku księżyca.Był to niezwykły czas. Wszystkie Trelinki wspólnie pracowały,  zbierały kwiaty, zbijały ławki z patyków, by każdy mógł dobrze widzieć to niezwykłe wydarzenie. Panowała atmosfera radości i oczekiwania, bo to święto było najważniejsze ze wszystkich trelińskich świąt.



Jedynie Tamtabor nie czuł pełni radości. Martwił się o swoje Trelinki, zwłaszcza te najmniejsze, które dopiero ujrzą świat. Kiedy powstają, są jeszcze bezbronne i trzeba zapewnić im dobrą opiekę. A Korkol po drugiej stronie Smutnego Strumyka  gromadził swoich pomocników, by napaść na Trelandię. Oczywiście oddziały wojowników były gotowe na najgorsze, jednak w ich żyłach nie płynęła prawdziwie wojownicza krew. Były to istoty spokojnie, nie przeszkadzały nikomu, nie szukały waśni, lecz kiedy trzeba było bronić swoich zapasów lub  osady, były gotowe na wszystko.



                                                                   rys. Konrad



Tamtabor siedział w swoim domku i palił fajkę, gdy przybiegł do niego zasapany posłaniec.
- Wodzu, wodzu- dyszał ciężko- dostaliśmy informację, że Trelinki miały wypadek na Bursztynowej Zatoce.
- Ojejej!- złapał się za głowę Tamtabor. – Czy nic się im nie stało?
- Im nie, ale zgubił się magiczny kompas i mapa..- odparł smutno posłaniec.
-To niedobrze, bardzo niedobrze, lecz najważniejsze, że im nic się nie stało.- rozmyślał wódz.
- Wodzu, oni chyba nie zdążą dotrzeć do nas przed Luminaliami….- ciągnął posłaniec- Nie przywiozą eliksiru Dzielnego Serca. Co my zrobimy, jeśli napadnie w tym czasie na naszą osadę Korkol?
- Nie traćmy nadziei- odpowiedział spokojnie wódz- do Luminalów zostały jeszcze trzy noce. Może zdążą. Musimy teraz pomyśleć o tym, jak zapewnić bezpieczeństwo nowonarodzonym Trelinkom…
- Czy już wiesz wodzu, ile ich będzie?
- Nie, to tajemnica Modrego Dębu, mój drogi posłańcu. Tylko on to wie…- Tamtabor znów się zamyślił, a posłaniec odszedł, aby mu nie przeszkadzać w rozważaniach.

Już świtało, gdy trzej bracia razem z misiami Kuki dotarli do namiotu Pana Titido.
Wszyscy jeszcze spali.
- To tutaj. Dziękujemy  za wszystko- pożegnał misie Sulim.
- Nie ma sprawy. Wrócimy po was. Do zobaczenia- odpowiedział Konda i wyruszyli w drogę powrotną.
- Chyba czas obudzić Pana Titido- zaczął Ronin- Musimy z nim porozmawiać o dalszej podróży.
- Tak, czas ucieka. Jeśli mamy zbudować nową łódź razem z misiami Kuki, musimy brać się do pracy- przytaknął Sulim.
- A ja nie wiem, czy to dobry pomysł…- wtrącił Timsa- Te misie były jakieś dziwne…nie mam pewności, że chcą nam pomóc.
- Timso, nie narzekaj. Misie Kuki uratowały nas z zasadzki, pamiętasz?- skarcił brata Sulim.
- Uratowały, a najpierw tę zasadzkę zrobiły!- ciągnął Timsa.
- To prawda, bracie, ale przecież wiesz, że nie na nas… tylko na Korkola, który być może się tu pojawił lub pojawi- wyjaśnił Ronin.
- A wiecie, dokąd poszła Pomponia?- przypomniał o niej Timsa- miała pójść po pomoc i nie wiemy, co się z nią stało.
- W lesie jej nie było…- przypomniał sobie Ronin- nie widziałem jej w drodze powrotnej.
- Ani ja- potwierdził Sulim.
Bracia popatrzeli na siebie.
- Myślę, że myszka sobie poradzi- stwierdził Sulim- skoro nikt jej nie zauważył w torbie i w łodzi, na pewno nie dała się schwytać sowie…
- Obyś miał rację- Timsa wyraźnie posmutniał. Polubił już Pomponię.


Gdy bracia tak sobie rozmawiali, usłyszał ich Tito, który obudził się pierwszy spośród mieszkańców namiotu. Przeciągnął się leniwie, polizał futerko i łapki, jak to koty mają w zwyczaju i zaczął rozglądać się za śniadaniem.


 W koszyku piknikowym Igi został jeszcze kawałek pysznej kiełbasy. Tito próbował dosięgnąć jej łapką, ale nie mógł, przewrócił koszyk, który z kolei przewrócił akurat stojący obok termos z czekoladą. Wszystko to narobiło hałasu i obudziło Pana Titido i Wiktora.
- Co się dzieje?- wyjrzał z namiotu Pan Titido, rozczochrany i bez okularów, więc niewiele zobaczył.
- Nic takiego- odburknął kot- wiele hałasu o nic…
- Tito, czy widziałeś może Trelinki- ciągnął Pan Titido.
- Tak, stoją obok mnie… może założysz okulary?- znów odburknął Tito, który kiedy był głodny, nie był zbyt miły…
- Masz rację Kocie, będzie lepiej w okularach.- Titido schował się w namiocie.
- Dzień dobry! – zawołał Wiki- Co dziś na śniadanie? Miałem piękny sen!- zawołał chłopiec i przeciągnął się tak samo leniwie jak wcześniej kot.


W Lesie Kuki wódz Szirpa obradował ze swoimi doradcami, jak pomóc Trelinkom. Wiecie na pewno, że kiedy pojawią się w życiu kłopoty, trzeba dobrze się zastanowić, jak je rozwiązać.  Można poradzić się innych ludzi, bo jak mówi przysłowie „ co dwie głowy, to nie jedna…”.Misiów Kuki w wiosce było dużo i gdyby każdy miał powiedzieć, jaki jest jego pomysł, trwałoby to bardzo długo i byłby ogólnie wielki bałagan. Dlatego wódz wybrał spośród misiów kilku doradców, których zdanie szanował, bo wiedział, że mądrze mu będą doradzać.


- Zatem musimy udać się do Starego Merta po magiczne drewo, to jest najlepszy pomysł, czy tak?- dopytywał Szirpa
- Jeśli teraz pomożemy Trelinkom ochronić się przed Korkolem, może oni nam pomogą. Mamy wspólny kłopot z tym podstępnym szczurem- odrzekł jeden doradca.
- Tylko Trelinki nie mają czasu, a budowa łodzi z magicznego drzewa potrwa co najmniej jeden dzień, jeśli wszyscy pomożemy- stwierdził drugi doradca.
- Wodzu, a może lepiej popłynąć z nimi?- zaproponował trzeci…
- Ach, sam już nie wiem, tyle możliwości- zawahał się Szirpa- A może połączymy nasze pomysły w jeden? Zbudujemy łódź z magicznego drzewa i popłyniemy z nimi? Taka łódź nie przewróci się na falach, bezpiecznie dopłynie do Półwyspu Wichrów.
- Trelinki są dobrymi żeglarzami- przypomniał pierwszy doradca- poradzą sobie też bez nas.
- Z pewnością, jednak lepiej będzie, jeśli połączymy siły. – zdecydował Szirpa. – A teraz udajmy się do Serca Lasu, do domu Merta. Niech nam wskaże odpowiednie drzewo.