Rozdział 7. Kłopoty załogi

Kamila Posobkiewicz 




Wypadek wyglądał groźnie. Na szczęście czółno natrafiło na mieliznę i gdy jego załoga wykaraskała się, mogła bezpiecznie stanąć na nogach, gdyż woda sięgała im do kolan. Przemoczeni Pan Titido i Wiki rozejrzeli się za resztą drużyny. Widoczność nie była zbyt dobra, bo wciąż padał deszcz, więc nie zauważyli, że kot został w torbie pod wodą.



- Trzeba odwrócić czółno- oznajmił Titido -Kapitan, przecierając okulary i poprawiając mokry kapelusz
- Na trzy. Raz, dwa, trzy! Hop do góry!Wiki pomógł kapitanowi i kiedy łódka znów pływała dnem do dołu, ujrzeli ruszającą się torbę i szamocącego się w niej Tita.
- Och, mój biedny kocie, cały przemokłeś!- rozczulił się Titido, wyjmując zwierzaka z torby. 
– Nie martw się, zaraz wytrę twoje futerko.- kapitan wziął ręcznik, niestety i on był mokry… 


Tito nic nie odpowiadał. Minę miał bardzo zmęczonego kota, który już nie ma ochoty na dalszą podróż, zwłaszcza w deszczu. Wiecie przecież, że koty nie lubią mieć mokrego futerka.


- Nic z tego, kocie, wszystko jest mokre. Musimy zaczekać, aż wyjdzie słońce.- Titido posadził przyjaciela na siedzeniu i podprowadził czółno do brzegu. Naraz Wiki zawołał.
- A gdzie są Trelinki?? Nie ma ich!- chłopiec przetrząsnął torbę.
- O rety, byliśmy tak zajęci sobą, że nie zwróciliśmy uwagi na naszych małych przyjaciół!- przeraził się Titido.
- Co się mogło stać? Chyba porwał ich wiatr albo woda! Trzeba ich znaleźć i uratować!
- Tylko gdzie ich szukać?- Wiki rozglądał się dookoła, wszędzie woda, deszcz, nie widać nikogo.
-Zdaje się- zaczął cicho oszołomiony jeszcze kot- że porwała ich fala, kiedy chcieli wejść do torby.- Tito zakasłał, żeby pokazać, jak bardzo ucierpiał podczas tej wywrotki i na pewno się już przeziębił.
- Kocie, jesteś potrzebny!- Titdo Kapitan wydał rozkaz- Weź lornetkę i wypatruj naszych przyjaciół, a ja wrócę w to miejsce, gdzie widziałeś ich po raz ostatni. Może będzie jakiś ślad. 
Pan Titido zacumował bezpiecznie łódkę przy brzegu i znów wszedł do wody.- Kapitanie, zaczekaj, pójdę z Tobą!- usłyszał za sobą głos Wiktora, brodzącego już w wodzie.


 Obaj stanęli na tej samej mieliźnie, gdzie wywróciło się ich czółno i przeszukiwali teren wzrokiem. Niczego nie zauważyli.


- Czy im się coś stało czy sobie poradzili?- zapytał cicho chłopiec, przytulając się nieśmiało do Kapitana. Było mu strasznie smutno. Ta wyprawa przecież miała  być dla Trelinków,  a oni ich zgubili. 
Pan Titido też posmutniał, miał jednak nadzieję, że wszystko skończy się dobrze i małe istotki wielkości długopisu, niebawem się odnajdą.
- Nie martw się , Żeglarzu, to dzielni wojownicy, nie straszne im fale i deszcz! Chodźmy na brzeg, wysuszymy ubrania, bo chyba  już właśnie przestało padać.- Titido wziął chłopca za rękę. 
Po chwili byli na brzegu. Nagle zauważyli mały kapelusz, który wcześniej był na głowie Timsy.